Tatrzańskie podboje

Zakopanezula

Wycieczkę zaczynamy na początku szlaku żółtego w Kuźnicach. Zaczynamy wchodząc na żółty szlak, w kierunku Doliny Jaworzynki. Po niecałych 2h marszu, trochę pod górę, i coraz coraz stromiej… docierami do Przełęczy między Kopami. Tam, na znajdującym się rozdrożu, skręcamy w prawo, zmieniając kolor szlaku na niebieski. Tym szlakiem podążamy trochę ponad godzinę czasu. Idziemy grzbietem Królowej Równi, z któego rozpościera się coraz to lepszy, piękniejszy górski krajobraz. Docieramy wreszcie do schroniska Murowaniec. Schroniska malowniczo położonego na jednej z najpiękniejszych w Tatrach – Hali Gąsienicowej. I w tych cudnych okolicznościach przyrody pora na drugie śniadanko, na przykład One Day More Snacks lub inne pyszne płatki wrzucone na drogę w plecak. Bo przecież… sycą, a prawie nic nie ważą a to w górach najważniejsze 😉 Po chwilowym odpoczynku ruszamy w dalszą podróż. Wyruszamy dalej szlakiem niebieskim w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego. Wędrujemy, wędrujemy, po kilkunastu minutach stajemy nad brzegiem Stawu, znad którego rozpościera się zapierający dech w piersiach widok. Oczom naszym ukazuje się sięgająca nieba skalna ściana, okazałe szczyty najtrudniejszego polskiego szlaku pieszego w Tatrach – Orlej Perci. Z monumentalnie wyrastającym po prawej naszej stronie, górującym nad Stawem szczytem o złowrogiej nazwie Kościelec, ale jak się okazało, szczytem bardzo przyjaznym do zdobycia 😉   Ale my dziś nie na Kościelec. My podążamy dalej szlakiem niebieskim, obchodzącym Staw Gąsienicowy lewą stroną, po czym zaczynający podchodzić dokładnie po przeciwnej stronie Stawu pod górę , i pod górę, i pod górę… Staw oddala się w oczach z każdym krokiem, z każdym skalnym stopniem jest coraz niżej pod naszymi nogami. Niby to raptem niecałe 2km drogi pod górę… ale pod górę wydaje się, jakby była to wspinaczka bez końca ! W końcu docieramy do ciekawego punktu – łańcuchy zaczepione w zimnych, miejscami zamarzniętych skałach. Tu dobrze ubrać rękawiczki, bo mimo, że w powietrzu może i 25 stopni, to pomiędzy mrocznymi, ciemnymi graniami, u stóp Żlebu, tuż ponad Zmarzłym Stawem ( nazwa nie bez powodu, on potrafi być zamarznięty cały rok… ) temperatura nagle robi się dużo dużo nieższa a ciało przenika nieprzyjemny momentami chłód. Stąpamy coraz wyżej i wyżej, wspomagając się łańcuchami towarzyszącymi nam przy szlaku. Bez nich momentami naprawdę ciężko byłoby podciągnąć się na skałce odległej mniej więcej na wysokość wyciągniętej nad siebie ręki. Ale za to podróż robi się coraz ciekawsza ! 🙂 Jest pięknie, wraz ze zmęczeniem zaczyna rozpierać duma z tego, gdzie się człowiek znajduje, za pomocą własnych nóg i motywacji.  Po jakimś czasie docieramy do obranego, głównego punktu programu – Przełęcz Zawrat. Coś niesamowitego ! Jaki widok ! Jaka wysokość ! Czujemy się, jakbyśmy mogli zdobyć teraz cały świat. Po takiej zdobyczy…. 🙂 I tutaj czas na kolejną przerwę. Wszak trzeba uzupełnić zapasy energii zużyte na tą dotychczasową wspinaczkę. zajadamy więc smakołyki ukryte skrzętnie w plecaku i popijamy pysznie gorącą herbatką z termosika. Nic tak nie uszczęśliwia jak łyk gorącej herbaty, bo półtoragodzinnej przeprawie przez zimne skałki okute łańcuchami w zacienionym Żlebie. Ale za to właśnie kochamy Tatry 🙂 Za ten trud, i smak tej herbatki na szczycie 🙂  Ale dość tego dobrego, trzeba iść dalej 🙂 Zaczynamy podróż w dół. Ale nie tą samą drogą 🙂 Teraz zejdziemy na drugą stronę  – czyli do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Nie opuszczamy dotychczasowego oznaczenia – nadal trzymamy się niebieskiego szlaku, tylko prowadzącego w dół. Teraz juuż będzie łatwiej. Chociaż niekoniecznie nasze kolana zechcą powiedzieć to samo 😉 Teraz one dostaną nieźle w kość. Ale nic to, mamy siłę i ochotę ! 🙂 Schodzimy więc w dół i w dół kamiennymi schodami jakby usypanymi spacjalnie dla nas na zejście. Po drodze po prawej stronie mijamy pierwszy ze Stawów – Zadni Staw Polski. Po około godzinie tuptania w dół tymi skalnymi półeczkami, droga nasza coraz to bardziej i łagodniej zaczyna się wypłaszczać. Tak, zeszliśmy do Doliny. Jest pięknie. Dookoła nas rozpościera się widok na najwyższe szczyty Tatr, Tylko gdzieniegdzie chmury rozbijają się o ich ostre krawędzie u samej góry. A my teraz docieramy do kolejnego stawu – Czarnego Stawu Polskiego. Wydaje się spory, ale to nic przy tym, co ukaże się naszym oczom za kilkanaście minut.  Za to jeszcze po drodze możemy napatrzeć się na świszczącego z oddali świstaka, wypatrującego nas z daleka stojąc jak na baczność na pobliskim wielkim głazie. Urocze zwierzaki ! Jakby spacjalnie ustawiały się do zdjęć 🙂 Wiedzą chyba, jakie są fajne 🙂 ale chodźmy dalej, jeszcze kilka kroków i oczom naszym w oddali ukazuje się schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich, powszechnie nazywanych przez turystów i taterników „Piątką”. No więc Piątkę już widzimy, za chwilkę dotrzemy. Docieramy do brzegu Stawu znajdującego się w bezpośredniej bliskości z naszym szlakiem , woda na wyciągnięcie ręki. Wielka, wielka tafla wody…. a w tafli odbijające się wielkie wielkie groźne góry…. i błekit nieba! To Właśnie Wielki Staw Polski! Jest naprawdę Wielki 🙂 Odbicie w tafli niczym lustrzane odbicie, co do joty, każdy szczegół można przejrzeć w wodzie… A woda…. Krystaliczna czystość! Coś niesamowitego i niepojętego, co potrafiła uczynić natura… Człowiek jest wobec tego taki maluśki ! Podążając brzegiem Stawu, dalej niebieskim szlakiem, mijamy rozdroże ze szlakiem żółtym, za chwilę ze szlakiem zielonym. A my maszerujemy dalej niebieskim, zostawiając powoli za sobą Wielki Staw Polski, napotykając jeszcze malutki Stawek, ale to też jeden z tych Pięciu – Mały Staw Polski. No i fakt, jest malutki 🙂 a zaraz przy nim, dochodzimy do brzegu ostatniego ze Stawów  – Przedniego Stawu. No i nad tym Stawem, malowniczo położona chatka – Schronisko PTTK w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Tu nasza wycieczka mogłaby się zakończyć, bo poowoli opadamy z sił, ale trzeba jeszcze zejść niżej i wrócić do Zakopanego. Jednak do Schroniska obowiązkowo trzeba zajrzeć. Odpoczywamy dłuższą chwilę. Napawając się widokiem zza okna, przyglądając się tafli wody leniwie odbijającą strzeliste szczyty…. Posiłkujemy się pyszną domową kuchnią serwowaną przez fantastyczną ekipę Piątki i powoli zbieramy się aby wyruuszyć w dalszą powrotną podróż. Wychodzimy. Wracamy chwilowo na nasz niebieski szlak idąc jakby z powrotem, żeby dojść do rozdroża z zielonym szlakiem i w niego właśnie skręcić. Szlak też należy do jednego z najbardziej malowniczych w Tatrach. Wiedzie bowiem Doliną Roztoki. Nieopodal schroniska, po jakiś 20 minutach drogi, dochodzimy do jeszcze jednego ciekawego punktu naszej podróży – Wodospadu Siklawa. tak, tak, to ten wodospad  z książek od geografii 🙂 Największy wodospad w Polsce. Nachylenie ściany wynosi około 35°, wysokość progu około 65–70 metrów. Jest to największy (chociaż nie najwyższy) wodospad w Tatrach.  Imponujący widok ! Kilka fotek z rwącą jak rzeka wodą spadającą z tej wysokiej ściany i w dalszą drogę. Wędrujemy zielonym szlakiem  jeszcze z półtorej godzinki, piękną malowniczą Doliną Roztoki aby zejść wreszcie do ostatniego odcinka naszej drogi. Dochodzimy do Wodogrzmotów Mickiewicza (zespół kilku wodospadów). Wodospady nazwane zostały Wodogrzmotami z racji huku, jaki powoduje spadająca nimi woda, zwłaszcza po dużych opadach. Są naprawdę grzmiące 🙂  I tutaj nasza podróż wkracza na końcowy etap – etap asfaltowy, z pięknego zielonego szlaku skręcamy na końcu, przy Wodogrzmotach w lewo, w szlak czerwony, prowadzący do parkingu na Palenicy Białczańskiej. Wędrujemy asfaltową trasą około 40 minut, aby dojść w końcu do wielkiego parkingu. Ruch tu jak w ulu. My łapiemy pierwszy lepszy bus podjeżdżający na przystanek na parkingu. Wracamy nim do Zakopanego.  I tak kończy się nasza jednodniowa wycieczka . Jaki człowiek jest dumny z tego, co zdobył, ile przeszedł, ile nawspinał pod górę. Coś nieprawdopodobnego ile szczęścia dają nam Tatry  ! 🙂

Zabierz ze sobą na wycieczkę